Droga. Od Rosji do Kirgistanu, czyli jak to nam w Azji bywało

Droga

Były różne. Kręte i proste, pod górę i w dół, asfaltowe i szutrowe. Takie, na których oddech przyśpieszał, a serce waliło i takie, przy których umysł zasypiał, a oczy szukały na próżno punktu zaczepienia. Takie, którymi cieszyliśmy się przez długie godziny sami i takie, na których walczyliśmy o życie i kawałek jezdni z szalonymi kierowcami. Wzbudzające z każdym zakrętem nowy entuzjazm i wywołujące salwę przekleństw. Pobudzające i uspokajające. Zachwycające i męczące. Palące słońcem i częstujące deszczem lub śniegiem. Szare, bure i pomarańczowe. Droga drogo! Dziś post o tobie.

 

Droga

Przebyliśmy ją wspólnie. Ja – Wiola

Droga

i on – Robert.

Droga

„Drogę wytycza się idąc”, rzecze naczelny głosiciel łatwo strawialnych prawd uniwersalnych, Paulo Coelho. Albo jadąc, dodajmy. Częściej jechaliśmy przecież niż szliśmy, a pod kołem inaczej się czuje niż pod stopami.

Zaczęło się nieźle. Jest asfalt, jest dobrze. Choć roller coaster z Irkucka nad Bajkał („a miało być bez górek!”), czyli nasze pierwsze rowerowe kilometry, był niezłą rozgrzewką przed tym, co później. Płasko zaczęło być w Dolinie Tunkińskiej. Prostka z Sajanami w tle.

Droga

Tyle że wtedy zaczęli się pojawiać bohaterowie drugiego planu. Jurni jacyś…

Droga

Na głównej drodze przy Bajkale ścigaliśmy się z ciężarówkami, chociaż z góry skazani byliśmy na porażkę. One jechały na paliwie, my tylko na makaronie.

Droga

Zdarzały się też ścieżki, jak ta przy Kolei Krugobajkalskiej. Kwiatowe, motylowe i tunelowe. Gdy dróżka zaczęła ginąć gdzieś wśród kamieni w nasypie, trzeba się było przesiąść na pociąg.

Droga

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, a w Mongolii do celu. Step pocięty równoległymi nitkami, to zbliżającymi się do siebie, to oddalającymi, skazywał na tysiące małych decyzji: „Czy na pewno tędy?”.

Droga

Zazwyczaj było „tędy”.

Droga

Droga

Czasem „owędy”.

Droga

Step był szeroki. Bez drzewa, kamienia, jakiegokolwiek punktu, by zaczepić wzrok. Więc gdy niebo zaczynało granatowieć, nie dziwota, że mocniej naciskaliśmy na pedały.

Droga

Za to jakie miejscówki na namiot obiecywał!

Droga

Ale i góry się zdarzały.

Droga

I pagórki, i zwierzaki, i niebo, na którym dużo się działo. W miejscach, gdzie jest pusto, u góry wydarza się najwięcej. Teoria sprawdzona później w Kirgistanie.

Droga

Droga

Przejechaliśmy przez północne Chiny. Konkretne podjazdy zaczęły się w Korei Południowej.

Droga

Straciliśmy wtedy część nas. Kilogramy pięknie się z nami żegnały! (No, czasem nie pięknie, bo pot spływał jak szalony). W Japonii zdarzało się już bardziej płasko, a podjazdy były jak krótkie piłki – szybko pod górę i potem w dół.
A dalej znów Chiny – z Hongkongu do Guilin i granicy z Wietnamem. Późna jesień i początek zimy. Deszcz i błoto. I kilometry remontowanych dróg.

Droga

Droga

Azja Południowo-Wshodnia będzie na szybko. Trochę płasko w Wietnamie, trochę górzysto i kawowo w Laosie, sucho jak diabli w Kambodży, smacznie w Tajlandii. I czerwone drogi, które pięknie barwiły koła.

Droga

Droga

Trzeci raz w Chinach, początek pory deszczowej.

Droga

Trzy dni ciągłego deszczu – i wszystko nagle zaczęło się psuć. A czas naglił, bo dni wizy uciekały. Jednak to tu zaczął się najlepszy etap naszej podróży. Dwa miesiące w Junnanie i Syczuanie.  Ryż, herbata, dżungla, a potem coraz wyżej i wyżej – wszak Wyżyna Tybetańska do czegoś zobowiązuje!

Droga

Droga

Droga

I nasz rekord w trakcie tego wyjazdu: przełęcz Kuluke (4708 m n.p.m.) i traumatyczny, bo w deszczu i zimnie, zjazd na dół.

Droga

Potem znów byliśmy wysoko. Nawet śnieg się pojawił. Chińscy turyści wytaczali się z samochodów, by zrobić sobie selfie i zaraz zmykali do ciepłego wnętrza. A my parliśmy naprzód. Dla odmiany, w deszczu.

Droga

W końcu trzeba było jednak zjechać na niziny. Spektakularnie.

Droga

Potem na trzy dni połknął nas chiński pociąg. Dotarliśmy w pobliże granicy z Kirgistanem.

Droga

Droga

W Kirgistanie nie usiedzieliśmy nawet tygodnia. Wzywał nas Pamir.

Droga

Droga

W Pamirze przepedałowaliśmy przez trzy doliny. Jedna z nich, Dolina Bartangu, okazała się najpiękniejszym miejscem na naszej azjatyckiej trasie.

Droga

Droga

Droga

Choć łatwo nie było. Najpierw sto kilometrów pustki, potem trzy przełęcze.

Droga

Rzeczki i strumyczki rozciągające się kapryśnie przed nami, które za nic nie chciały się rozstąpić. Ktoś musiał dać za wygraną…

Droga

Woda spływająca z gór, która zawłaszczała naszą ścieżkę.

Droga

A i sam Bartang potrafił się wkurzyć i zalać nam drogę. Bo spieniony (i wpieniony) był, szczególnie w dolnym biegu.

Droga

Droga

Droga

Droga

Czasem zdarzało się, że większość drogi zabierały nam osypujące się góry. Bo Pamir jest młody. Ciągle się rozpycha, rusza się i zmienia.

Droga

Droga

Droga

Droga

W trakcie powrotu do Kirgistanu zdarzyła nam się druga wysoka przełęcz. W śniegu.

Droga

Nic nie może jednak wiecznie trwać, więc za pół godziny pojawiło się słońce. Naprawdę byliśmy w górach, na Ak-Baital (4655 m n.p.m.), co wreszcie można było zobaczyć. Własnymi nogami wyjechane!

Droga

A na koniec został nam Kirgistan. Stepowy, górski, żółty, płowy. Jesienny.

Droga

Droga

Pełen widokowych przełęczy, całodniowych podjazdów i szybkich zjazdów.

Droga

W słońcu

Droga

i w cieniu.

Droga

Droga

Droga

Droga

Droga

Droga

Droga

I tak dobrnęliśmy do końca. Jeszcze tylko krótkie podsumowanie.

„A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!” – wykrzyknął razu pewnego Leopold Staff. Tyle, że nie zawsze rozkosznie było.

Bo czasem bywało gorąco (Witajcie w Kambodży w porze suchej!). Czasem mokro. Niekiedy od dołu.

Droga

Częściej od góry.

Droga

Czasem nudno. Co robić przez parę dni na głównej drodze przez Gobi? Jak przeżyć te długie godziny wśród niezmieniającego się krajobrazu?

Droga

Od czasu do czasu wkurzała nas sama droga. Szczególnie rozkoszna tarka!

Droga

Droga

Albo kamule i otoczaki.

Droga

Droga

Droga

Błoto też nie napawało nas radością. Ani pyliste drogi, gdy na pełnym gazie przejeżdżał obok nas samochód.

Droga

Droga

Droga

Ktoś znajdzie Roberta tam w przodzie?

Droga

Czasem drogę trzeba było dzielić z innymi.

Droga

Droga

Droga

I nie zawsze byli to ludzie.

Droga

Choć ludzie stanowili ważną część naszej drogi. Ci, którzy nas otaczali, dzielili się powitaniem, uśmiechem, jedzeniem.

Droga

Droga

Ci, którzy tak jak my, wybrali rower :).

Droga

Inni podróżnicy. Z Izraela

Droga

z Francji,

Droga

z Polski.

Droga

Droga

I z wielu innych miejsc naszego globu.

Bo choć zdarzały się ciężkie chwile, choć bywało, szczególnie pod koniec, tęskno, tych pięknych i magicznych momentów było więcej. Per aspera ad astra! Lub od deszczu do tęczy…

Droga

W końcu rower to jest świat!

Droga

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
WiolaJanuszTomek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tomek
Gość

Pięknie, cudnie, widokowo i przygodowo.Podziwiam i oczywiście… zazdroszczę 🙂

Janusz
Gość
Janusz

Trudno komentować tak na gorąco, tuż po obejrzeniu zdjęć z wyprawy. Dech zapiera, oglądając te niesamowite zdjęcia. Ileż to trzeba mieć siły i samozaparcia, żeby taką ekstremalną przygodę przebyć. Polski himalaista zjechał na nartach z K2. Ja uważam, że Wasz wyczyn pokonywania trudnych miejsc na rowerze wypakowanym do ostateczności, jest porównywalny z wyczynem himalaisty. Jeździłem rowerem na Korsyce, to znam te sprawy w jakimś zakresie – o wiele mniejszym w porównaniu do Waszej azjatyckiej wyprawy. No cóż. Mając za sobą to doświadczenie, czeka Was zapewne rowerowa podróż dookoła świata, śladem pewnego angielskiego rowerzysty.